O autorze
Doktor biologii molekularnej, malteista, obywatel świata. Gdy nie badam nieuchwytnej natury nowotworów, lubię oddawać się refleksji na temat porządku międzynarodowego, stosunków dyplomatycznych, gospodarki światowej i kondycji społeczeństwa w erze postępu technologicznego, emigracji, globalizacji i nowego kapitalizmu. Krytyczny obserwator rzeczywistości, rozważam jak współczesne trendy wpłyną na przyszłość cywilizacji człowieka.

Zapomniana Wojna

Rozdarcie USA pomiędzy demokratycznym mesjanizmem a strategicznym izolacjonizmem dawno już przeszło do historii. Ale dopiero wojna w Iraku pokazała jak nisko upadły ideały, niegdyś tak głęboko zakorzenione w amerykańskiej opinii publicznej.

Jest jesień 2002 roku, nieco ponad rok od największego zamachu terrorystycznego jaki widział współczesny świat. Jego piętno jest tak silne, że amerykańska opinia publiczna w dalszym ciągu nie potrafi otrząsnąć się z tragedii. Wykorzystując wszechobecną atmosferę strachu, administracja prezydenta Georga W. Busha juniora forsuje w kongresie liczne ustawy dające rządowi USA szerokie kompetencje w kwestiach inwigilacji i prewencji terroryzmu. Biały Dom aktywnie promuje nową doktrynę wojenną sankcjonującą atak prewencyjny na dowolny kraj w dowolnym momencie. Na fali spekulacji o rzekomym posiadaniu broni masowego rażenia, amerykański senat przegłosowuje w październiku 2002 roku olbrzymią większością głosów rezolucję dającą rządowi prawo użycia siły wobec reżimu Saddama Husajna. Kilka miesięcy później USA jest już w stanie wojny z Irakiem, podczas gdy od dwóch lat amerykańskie wojska toczą już walki w sąsiednim Afganistanie. Tym samym młodszy George W. Bush wbija ostatni już gwóźdź do trumny amerykańskiego izolacjonizmu i słynnej Doktryny Monroe, która była jednym z filarów polityki zagranicznej USA od XIX wieku.



Proklamowana jeszcze w czasach europejskiego kolonializmu, doktryna ta z jednej strony wyrażała opór wobec ingerencji europejskich potęg w nie tylko wewnętrzne sprawy USA, ale i całej zachodniej półkuli. Z drugiej strony, Stany Zjednoczone odżegnywały się od ingerowania we wszelkie układy, konflikty i sojusze poza swoim kontynentem. Niemal sto lat później prezydent Woodrow Wilson nakreśla wizję polityki zagranicznej opartej na moralności, demokracji i samostanowieniu, która ma stworzyć podwaliny pod nowy, bezpieczny świat.

Rozdarcie pomiędzy demokratycznym mesjanizmem a strategicznym izolacjonizmem dawno już przeszło do historii, lecz dopiero druga wojna w Iraku pokazała jak nisko upadły ideały, niegdyś tak głęboko zakorzenione w amerykańskiej opinii publicznej. Bowiem inwazja w Zatoce Perskiej w 2003 roku to wydarzenie bez precedensu, kiedy to USA po raz pierwszy w swojej historii dokonały otwartego ataku zbrojnego na inne państwo bez wyraźnego aktu prowokacji i wobec otwartej dezaprobaty większości społeczności międzynarodowej.

Wojna w Korei, Wietnamie, Afganistanie czy pierwsza wojna w Iraku były poprzedzone istotnymi wydarzeniami, które legitymizowały interwencję w oczach amerykańskiego społeczeństwa. Zawsze była więc obecna atmosfera wyższej konieczności – zazwyczaj odparcia inwazji państwa agresora na słabsze, niepodległe, niekiedy nawet demokratyczne państwo (Korea, Kuwejt, Wietnam). Odrębną kwestią jest to jak wybiórczo i interesownie USA traktuje wyższe konieczności. Jednak w 2003 roku nie było niczego oprócz zapewnień administracji prezydenta o rzekomym posiadaniu chemicznej broni masowego rażenia, pomówień o związki z Al Kaidą czy podejrzeń o dążeniu do programu nuklearnego. Makiaweliczna manipulacja planistów Georga W. Busha juniora zaprowadziła naród amerykański na wojnę, w której zginęło ponad trzy i pół tysiąca żołnierzy US Army i ponad pół miliona irackich cywilów (1), kończąc tym samym dzieło swojego ojca sprzed 13 lat. Dziś na gruzach Iraku kiełkuje ziarno zasiane lufami karabinów - kalifat Państwa Islamskiego.

Głosy o okłamywaniu opinii publicznej pojawiały się już od bardzo dawna. Jednak kilka dni temu światło dzienne raz jeszcze ujrzał raport CIA, tym razem w pełni odtajniony, który to jasno stwierdza, że administracja Busha nie posiadała żadnych dowodów na którekolwiek z powyższych oskarżeń. Broni chemicznej nie było, Al Kaida była dla Bagdadu nie sojusznikiem lecz wrogiem, a program nuklearny to mrzonki. Jedyne przesłanki pochodziły z nieustannie przywoływanych zeznań torturowanego przez CIA szejka Ibn al-Shaykh al-Libi, który to później miał odwołać swoje słowa. Nie jest jasne czy al-Libi kłamał by sprowokować USA do zaognienia sytuacji na Bliskim Wschodzie, czy też – jak uczą nas liczne przykłady ze Związku Radzieckiego – pod wpływem tortur człowiek jest w stanie przyznać się do czegokolwiek. Dziś pozostaje nam jedynie rozważanie o tym w jakim stopniu jego zeznania były w owym czasie dla Waszyngtonu błogosławieniem, a w jakim przekleństwem.

Naród, który zapoczątkował politykę zagraniczną opartą na ideałach moralności i współpracy, a nie kalkulacji interesów, nie zawahał się użyć w realiach zimnowojennych metod zupełnie niemoralnych – na przykład gdy potajemnie udzielał wsparcia w zamachu stanu wobec demokratycznie wybranego prezydenta Chile, zapoczątkowując krwawą dyktaturę Augusto Pinocheta w 1973 roku. Jednak zakulisowe działania pozostające w dużej mierze poza wiedzą i zainteresowaniem amerykańskiej opinii publicznej to jednak co innego niż okłamanie milionów ludzi i wytoczenie otwartej wojny, w której zginęły setki tysięcy.

Dziesięć lat później społeczeństwo amerykańskie, nie wspominając już o wspólnocie międzynarodowej, nie pociągnęło do odpowiedzialności ani jednego polityka. Warto o tym mówić. Tak niewiele już ważnych spraw obchodzi nas we współczesnym świecie.


Przypisy:
(1) Burnham et al., "Mortality after the 2003 invasion of Iraq: a cross-sectional cluster sample survey", The Lancet, 2006.
Trwa ładowanie komentarzy...