Niedźwiedź w potrzasku

„Sądzę, że wszyscy się zgadzamy, przeszłość minęła” – miał niegdyś powiedzieć George W. Bush junior, prawdopodobnie najbardziej wyśmiewany prezydent w historii Stanów Zjednoczonych. Choć to do prawdy zabawna tautologia, dziś jego słowa powoli nabierają zupełnie innego kolorytu. Wraz ze stopniowym ustępowaniem USA z roli światowego hegemona tworzy się na naszych oczach nowy, wielobiegunowy ład świata. Słabnące wpływy Zachodu budzą u licznych pretendentów dawne ambicje i urazy, co w niedalekiej przyszłości z pewnością zrodzi wiele gorących prób sił na całym globie.

W tych rewizyjnych zapędach poradziecka Rosja od dawna wysuwa się przed szereg. Upokorzony u schyłku Zimnej Wojny naród rosyjski, szczególnie podatny na propagandę rewanżyzmu, z entuzjazmem poparł putinowską politykę „wstającej z kolan” Rosji. Jednak rewizja obecnego układu sił to we współczesnym świecie nie lada wyzwanie.


Sztywny porządek międzynarodowy, w którym z jednej strony Rosję otacza monolit NATO, a z drugiej coraz potężniejsze Chiny, pozbawia dyplomację elastyczności niezbędnej w tworzeniu i rozbijaniu sojuszy. Z kolei arsenały broni jądrowej – „papierowy tygrys”, który od 70 lat skuteczni chroni świat przed kolejną wielką wojną – wyklucza opcję otwartego konfliktu.

Pozostałymi drogami do zmiany układu sił na świecie mogą być wojna ekonomiczna, kosztowny wyścig zbrojeń lub podsycanie konfliktów regionalnych. Kreml próbuje wszystkiego po trochu, choć raczej z wątpliwym skutkiem. Jednak w przeciwieństwie do Chin, które od dekad czynią z handlu narzędzie swojej hegemonii, Rosji po prostu nie stać na dwa pierwsze rozwiązania.

Putin, świadom tych ograniczeń, skupił się więc na strategii dobrze znanej Rosji od stuleci – systematycznej ekspansji terytorialnej. Począwszy od Wojny Rosyjsko-Tureckiej (1828- 1829), Wojny Krymskiej (1853-1856), poprzez Wojny Bałkańskie i liczne podboje w Azji środkowej, a na Jałcie kończąc, Rosja zawsze oczekiwała od Europy by ta odwróciła swój wzrok, czując urazę gdy tak się nie stało. Trafnie ocenił to w „Dyplomacji” z 1994 roku Henry Kissinger:

Rosja w swoim marszu (po ekspansję terytorialną) rzadko wykazywała się wyczuciem limitu. Gdy jej wysiłki były udaremniane, leczyła rany i kupowała czas by się pomścić – przeciwko Wielkiej Brytanii w praktycznie całym dziewiętnastym wieku, przeciwko Austrii po Wojnie Krymskiej, przeciwko Niemcom po Kongresie Berlińskim, czy przeciwko Stanom Zjednoczonym w okresie Zimnej Wojny. Przyszłość pokaże, jak nowa, poradziecka Rosja zareaguje na rozbicie swojego historycznego imperium i orbity państw satelitarnych gdy już w pełni wyjdzie z szoku po swoim upadku. (1)

Tak zwane "wojny hybrydowe”, które doprowadziły to utworzenia marionetkowych republik w Naddniestrzu (1990), Abchazji i Osetii Południowej (2008) oraz na Krymie (2014), nie pozostawiają złudzeń co do intencji Moskwy. Rosja jest bowiem militarnym kolosem na glinianych nogach, dla którego podboje terytorialne, choćby małe, od zawsze stanowiły remedium na strach, niepewność i niepokoje społeczne. Destabilizacja wschodniej Ukrainy, której Moskwa podjęła się po podstępnym zajęciu Krymu, mogła się z początku wydawać działaniem kalkulowanym na “dwa kroki w przód, jeden krok w tył”. W tym scenariuszu Putin mógłby liczyć na uznanie przez Zachód aneksji Krymu w zamian za odstąpienie od eskalacji konfliktu.

Jednak obecny rozwój sytuacji w Donbasie wskazuje, że Kreml zdecydował się iść na całość i – wobec ciągłej bierności Zachodu – odkroić sobie większy kawałek tortu. Rosyjskie władze mogą nieustannie zaprzeczać zarzutom o bezpośrednim udziale wojsk Federacji Rosyjskiej, próbując (jakkolwiek nieudolnie) stworzyć w społeczności międzynarodowej wrażenie, iż prawda leży gdzieś pośrodku. Jednak generalicja NATO, które w swojej doktrynie wojennej kładzie szczególny nacisk na wywiad elektroniczny, raczej nie ma żadnych wątpliwości co biegu wydarzeń na Ukrainie, o czym Kreml doskonale wie.

Możemy zatem sobie tylko wyobrażać w jaki sposób przebiegały niedawne tajne rozmowy pokojowe między Putinem, a Merkel i Holland. Z pewnością nie dotyczyły one dyskusji o tym czy rosyjskie wojska na Ukrainie są czy nie. Jakiż bowiem sens miałoby dla Putina kłamać w żywe oczy za zamkniętymi drzwiami mińskiego pałacu? Oznacza to więc tyle, że najważniejsi przywódcy europejscy, spotykając się w Mińsku z Putinem, de facto „odwrócili wzrok Europy”.

Brak zaangażowania ze strony europejskiej części NATO nie powinien jednak zbytnio dziwić. Gospodarcze potęgi Zachodu oddziela od Rosji łańcuch pomniejszych krajów, które wcielono do NATO z zamysłem poszerzenia „strefy buforowej”. Ta sprawdzona strategia daje krajom takim jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja luksus izolacji pozwalający na bierność wobec ewentualnych zagrożeń i czas na podjęcie działań dopiero gdy, a raczej jeśli, zagrożenie stanie się faktem. Kraje takie jak Polska czy państwa bałtyckie mają zdecydowanie niższy poziom tolerancji dla teoretycznych zagrożeń. Jeśli zagrożenie ze wschodu stanie się faktem, dla nas będzie już za późno.

Jednak kluczowe pytanie brzmi: co Kreml tak naprawdę chce ugrać? Galopująca propaganda nienawiści mogłaby sugerować, że Rosja stopniowo przygotowuje swój naród do starcia z wrogiem. Jednak porównanie wydatków zbrojeniowych nie pozostawia wątpliwości, że Rosja nie ma najmniejszych szans w starciu z siłami NATO. Jeśli agresja na Ukrainie jest jedynie demonstracją siły obliczoną na użytek wewnętrzny – charakterystycznym dla autokracji spoiwem konsolidującym społeczeństwo – to Putin podejmuje się niebezpiecznej gry, z której trudno będzie mu wyjść zwycięsko.

O ile bowiem Rosja nie doprowadzi co rozbioru, finlandyzacji czy paraliżującej federalizacji Ukrainy, Zachód nie powinien traktować obecnego rozwoju sytuacji jako swojej porażki. Jak celnie zauważył Radosław Sikorski, przez swoje działania Moskwa jednoznacznie zerwała wszystkie mosty łączące ją z narodem Ukraińskim, przyspieszając jedynie momentum z jakim ciąży on ku Zachodowi. A to oznaczać będzie nieuchronność dalszego poszerzenia strefy buforowej NATO.

Czas pokaże jakie to będzie miało konsekwencje dla innych krajów z byłego bloku sowieckiego. Być może dewastujące dla Ukrainy skutki rosyjskiej agresji spowodują, że rzekome rządy antyrosyjskich faszystów w Kijowie – idee fixe kremlowskiej propagandy – przejdą do historii jako kolejna samospełniająca się przepowiednia. Kluczowym jest czy społeczeństwa Zachodu pojmą jak dramatyczne to może przynieść skutki. W przeciwieństwie do putinowskiej Rosji, rządy zachodnie nie kształtują swojej opinii publicznej, lecz są przez nią kształtowane, a co za tym idzie nie podejmą się konfrontacji za żadną cenę. Putin bezwzględnie wykorzystuje więc fakt, że zachodnie plutokracje przedkładają krótkoterminowy bilans zysków i strat ponad długofalowe konsekwencje. Jednak Rosja wydaje się być zupełnie osamotniona w swoich przedsięwzięciach.

Samoizolacja Moskwy coraz bardziej uzależnia ją od ekonomicznego i politycznego wsparcia swojego jedynego liczącego się sojusznika – Chin. A Pekin raczej nie zawaha się wykorzystać sytuacji do dalszego umacniania się na pozycji niekwestionowanego hegemona w Azji, stopniowo spychając Rosję na pozycję mocarstwa drugiej kategorii. Więc choć wpływy Zachodu na kształt świata niewątpliwie słabną, Rosja wie, że to nie jej przyjdzie wypełnić powstałą pustkę. Najważniejsze jest jednak jak zakończy się ta kulminacja napięć. Historia pełna jest przykładów, gdzie w imię racji stanu politycy wzbudzali w narodzie siły, których nie sposób było potem okiełznać.

Przypadek zabójstwa lidera rosyjskiej opozycji, Borysa Niemcowa, może być jednym z nich. Wątpliwe jest bowiem, by tak otwarty atak na przeciwnika putinowskiej „wstającej z kolan” Rosji był w interesie samego Kremla. Pozostaje więc pytanie, czy sytuacja nie wymknie się z pod kontroli i czy Rosja nie zdryfuje z kursu cynicznej Realpolitik w kierunku upojonej narodową dumą „małpy z brzytwą”.

(1) Wolne tłumaczenie z oryginału „Diplomacy”, Henry Kissinger, 1994.
Trwa ładowanie komentarzy...